![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
Doradca finansowy. Związany z polskim rynkiem kapitałowym od 5 lat. Doświadczenie zawodowe zdobywał w firmie doradczej Expander. Pomagał przy pisaniu publikacji na temat funduszy inwestycyjnych, a aktualnie współtworzy nowy tytuł o inwestycjach alternatywnych. Zainteresowania naukowe obejmują rynek instrumentów pochodnych, a w szczególności opcje finansowe.
Zajmuje się głównie przekładem trudnych zagadnień ekonomicznych na język zrozumiały dla niefinansistów. Dziennikarz i copywriter. Jego artykuły były publikowane m.in. na łamach działu gospodarczego tygodnika „Wprost".
3 razy „nie”
Aby inwestycja w diamenty miała jakikolwiek sens, należy się liczyć z wydaniem kwoty nawet 100 tys. zł. Właśnie taką cenę trzeba bowiem zapłacić za kamień odpowiedniej jakości i standardu. Dla wielu taka kwota może się okazać barierą nie do przeskoczenia. A w mniejsze i gorsze kamienie po prostu nie opłaca się inwestować, bo ich ceny nie rosną w kilkunastoprocentowym tempie, znanym z wykresów zachwalających „diamentowe inwestycje”.
Nie warto też kupować diamentu dla celów inwestycyjnych u jubilera. Znacznych wzrostów cen diamentów nie należy się spodziewać w obrocie detalicznym, gdyż są one ustalane arbitralnie - w raporcie o nazwie Rapaport (od nazwiska twórcy). W raporcie publikowane są wyceny, których podstawą są takie czynniki jak barwa, czystość, masa, jakość szlifu. Prenumeratorami raportu Rapaport są m.in. jubilerzy, którzy na jego podstawie ustalają ceny.
Innym mankamentem diamentów jako sposobu lokowania kapitału jest to, że nie istnieje wolny rynek obrotu nimi. Diamenty łatwo kupić u certyfikowanego jubilera (płacąc wysoką marżę) lecz trudno korzystnie sprzedać. Jubiler kupi od nas po cenie hurtowej a nie będąc certyfikowanym handlarzem nie sprzedamy ich nikomu innemu. Istnieją co prawda giełdy diamentów, ale przeciętny inwestor nie ma do nich dostępu. Wolny rynek nie powstał przede wszystkim dlatego, że jego istnienie godziłoby w interesy największego gracza – koncernu De Beers, który został stworzony właśnie po to, by rynek stłamsić i zmonopolizować.
Diamentowy kartel
Na stronie internetowej koncernu De Beers (www.debeers.com) nie znajdziemy obszernych informacji na temat jego historii. Z dość prozaicznej przyczyny: owa historia jest mało chlubna.
Geneza molocha sięga 1870 roku, gdy w Kimberly w Afryce koloniści okryli gigantyczne złoża diamentów. Dopływ tych diamentów do rynku przyczynił się do drastycznego spadku cen: z 500 dolarów do 10 centów za karat w ciągu kilku miesięcy. Zyski właścicieli kopalń stopniały w oczach.
W odpowiedzi na te wydarzenia Brytyjczyk Cecil Rhodes założył De Beers Mining Company i wszelkimi dostępnymi środkami zaczął tworzyć kartel producentów diamentów. Z dużym powodzeniem: do roku 1900 kontrolował 90% światowego handlu diamentami. Dzięki temu De Beers mogło dowolnie ustalać podaż diamentów i – co oczywiste – ich ceny.
Sprawy zaczęły się ponownie komplikować dopiero w latach ’50 XX wieku. Od tego momentu rozpoczyna się historia konfliktu z amerykańskim departamentem sprawiedliwości, który wielokrotnie zarzuca De Beers praktyki monopolistyczne. W efekcie trwających latami zatargów, konfliktów politycznych i procesów sądowych, spadło znaczenie De Beers jako wydobywcy diamentów (obecnie wydobywa ok. 40 proc. światowych diamentów). Nie przeszkadza to jednak koncernowi w kontrolowaniu, poprzez liczne spółki zależne od siebie, 95proc. światowego obrotu diamentami jubilerskimi i przemysłowymi. W praktyce oznacza to, że rynek będzie wyglądał tak, jak będzie sobie tego życzyć De Beers.