![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
Ania Diduch pochodzi z Łodzi, a obecnie jest studentką Instytutu Historii Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Od najmłodszych lat przejawiała żywe zainteresowanie kulturą, sztukami plastycznymi oraz pięknem. W miarę upływu lat rozwijała swoją pasję oraz szlifowała zmysł estetyczny, co w rezultacie zaowocowało rozpoczęciem studiów na Katedrze Historii Sztuki na Uniwersytecie Łódzkim w roku 2006. Stara się być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi w kraju i za granicą, aby później móc pisać o tym jak najlepiej i jak najciekawiej. Aktualnie jest w trakcie zdobywania doświadczenia dziennikarskiego.
To, że lokować swoje pieniądze trzeba na różny sposób, każdy wie. Inwestycyjne poradniki podają najczęściej procentowy udział poszczególnych komponentów portfela. Obligacje, akcje, nieruchomości, ropa - to one stanowią trzon, wokół którego orbitują inne profitowe dobra. Sztuka plasuje się mniej więcej w przedziale 10-15 % w stosunku do reszty inwestycji, jakie podejmuje przedsiębiorczy businessman. Co jednak, gdy główne lokaty zawodzą? Wielu inwestorów pewnie nie raz, nie dwa doznało uczucia lekkości kieszeni od początku tego roku. Przeglądanie codziennej prasy i szukanie nadziei w prognozach analityków wcale nie przynoszą ulgi ani nie poprawiają humoru. Świat wariuje! W takich chwilach nie można już pytać jak zarobić, lecz – jak nie stracić? Wtedy właśnie rynek sztuki, konkretnie współczesnej, zaczyna się jawić w naprawdę pogodnych barwach.
Nowoczesność trzyma sztamę
W lipcu tego roku Dom Aukcyjny Sotheby’s opublikował raport dotyczący sprzedaży współczesnych dzieł sztuki w Londynie. Dane, które zostały tam wykorzystane pochodzą z tzw. Evening sales oraz ze sprzedaży innych liczących się domów aukcyjnych jak na przykład Christie’s. Wtedy padły gigantyczne i znaczące sumy (nie pierwsze na tego rodzaju aukcjach zresztą), które posłużyły za punkt wyjścia do postawienia ważnego argumentu: rynek sztuki przeżywa swoją największą stabilizację po kilku latach gwałtownego wzrostu. To właśnie teraz najwięcej się kupuje i sprzedaje z dużym zyskiem. Mowa oczywiście o statystykach światowych tj. pochodzących z USA i Europy Zachodniej (te rejony kształtują największy popyt i wypracowują największe zyski). Zainteresowaniem cieszą się prace artystów o wyrobionym nazwisku, czyli bez nowości: Francis Bacon, Jeff Koons, Yves Klein, nieśmiertelny Andy Warhol, lub Willem de Kooning by wymienić kilku. Nie stygnie również temperatura wokół współczesnych artystów indyjskich. Ostatnio popyt jest tak duży, że zaczęto nawet organizować aukcje tematyczne poświęcone jedynie sztuce z rejonu Dekanu. 34 mln USD za Bacona, 25 za Koonsa – te sumy chyba dostatecznie przemawiają do wyobraźni.
Wyspa o nazwie „stabilizacja”
Rynek sztuki ma tę przewagę nad innymi częściami gospodarki, że jest zależny od nich w zasadzie w niewielkim stopniu. Główny powód to taki, że operuje innymi, oryginalnymi wartościami. Nie bez powodu inwestycje w sztukę nazywa się emocjonalnymi. Pojęcia takie jak piękno, estetyka, kunszt artystyczny są praktycznie nieuchwytne i nieprzeliczalne bezpośrednio na pieniądze. Zwłaszcza w przypadku trudnej w odbiorze sztuki współczesnej. O sukcesie artysty i jego prac decyduje dobra reklama, kontrowersyjność, oryginalność, ilość sprzedanych dzieł itd. A to przecież czynniki nieekonomiczne. Popularność na kulturalnych salonach nie ma związku z kursem walut lub cenami ropy. Te potrafią się zmienić w ciągu godziny. Wartość dzieła sztuki jest dyktowana przez wiele czynników, które są rozciągnięte w czasie, więc nie ma prawa gwałtownie się wahać. To niebywały plus – nawet, jeśli coś się zaczyna psuć, a prognozowane zyski nie są zadowalające, zawsze znajdzie się dłuższy moment na analizę sytuacji i odpowiednią reakcję.
Rynek sztuki zbudowany jest na solidnych podstawach lojalnych klientów – kolekcjonerów. Nie są to przypadkowe osoby szukające wyłącznie zysku, a ludzie dzielący tę samą pasję, czyli miłość do dzieł sztuki. Brzmi to trochę górnolotnie, ale właśnie ten nieformalny system lojalnościowy rynku sztuki sprawia, że produkuje on może nie spektakularne, ale systematyczne, stałe zyski, które nie są wynikiem jakiś (używając tego popularnego i fizjonomicznego sformułowania) bąbli spekulacyjnych, tylko realnymi profitami.