![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Wszystko zdaje się wskazywać na to, że apogeum załamania gospodarczego, którego na szczęście Polska nie odczuła tak mocno jak można było się obawiać, bo nie mieliśmy ani klasycznej recesji, ani dramatycznego wzrostu bezrobocia, mamy już za sobą. Oczywiście nie można wykluczyć tego, co ekonomiści nazywają drugą falą, ale raczej należy oczekiwać znaczącej poprawy sytuacji gospodarczej. To świetny moment na reformy. Ale reform nie będzie, bo nie sprzyja im kalendarz polityczny.
Krzywa rośnie, rząd ostrożny
Ekonomiści mówią o zdecydowanym przyspieszeniu tempa wzrostu gospodarczego w Polsce. Poziom 2‑2,5 proc. w skali całego 2010 r. to dla analityków minimum. Według prof. Jana Winieckiego, już w czwartym kwartale 2009 r. tempo wzrostu osiągnie 3 proc. i pozostanie stabilne. Bank of America Merrill Lynch prognozuje na 2010 r. nawet 3,5-proc.
Takie prognozy oznaczają, że zapisany w ustawie budżetowej 1,2-proc. wzrost gospodarczy jest – delikatnie mówiąc – zaniżony. A w konsekwencji zaplanowany przez ministra finansów Jacka Rostowskiego rekordowy deficyt budżetu w wysokości 52,2 mld zł może okazać się tylko straszakiem. Chociaż, jak twierdzi parlamentarna opozycja, wspierana głosami ekonomistów, owe 52 mld zł z okładem to wcale nie wszystko, czego zabraknie w państwowej kasie, bo rząd część wydatków zmiótł pod dywan.
– Mamy odpowiedzialny, ostrożny i bezpieczny budżet – mówił po przegłosowaniu ustawy w Sejmie, na tydzień przed Bożym Narodzeniem, minister finansów Jacek Rostowski, choć z różnych stron już zaczęły pojawiać się głosy, że ten budżet będzie wkrótce wymagał nowelizacji. Ale rząd mówi, że wie co robi i jak przed rokiem był krytykowany za nieroztropny optymizm, tak w tej chwili zbiera razy za czarnowidztwo. Choć to niedobre słowo. Można raczej mówić racjonalizmie politycznym, który każe tak skonstruować plan wpływów i wydatków państwa, żeby w roku tak strategicznie ważnym z politycznego punktu widzenia pozwalał pozytywnie „zaskakiwać” wyborców rewelacyjnymi dokonaniami.
Szybsze wychodzenie z dołka, przy tak pesymistycznych założeniach, jakie przyjął rząd, to prawdziwy dar z niebios. Produkcja rośnie, bezrobocie przestaje się zwiększać, pracownicy nauczeni doświadczeniami ostatnich kryzysowych lat nie domagają się podwyżek, więc nie ma gwałtownego wzrostu płac, albo wręcz realnie one spadają, ale ponieważ sytuacja się poprawia, to ludzie nie przestają zwiększać konsumpcji…
Zatem gospodarka sama się nakręca i oliwi. A minister finansów może tylko siedzieć i liczy podatki płynące do państwowej kasy dużo szerszym strumieniem niż zaplanowano. Koniunktura przyciąga inwestycje, wzrost zatrudnienia i płac powoduje, że Narodowy Fundusz Zdrowia przestaje się dusić z braku pieniędzy. Wskaźnik zadłużenia kraju w stosunku do PKB zatrzyma się poniżej bezpiecznościowego progu 55 proc. PKB, którego przekroczenie obligowałoby rząd do drastycznego cięcia wydatków w 2011 r.
Może się okazać, że nawet jeśli minister skarbu Aleksander Grad w 100 proc. nie wywiąże się ze swojego planu prywatyzacji mierzonego na 25 mld zł, a jak liczą niektórzy – biorąc pod uwagę potknięcie w 2009 r. – nawet ponad 30 mld zł, budżet i tak da sobie radę.
Będzie już tak świetnie, że nikt nie zapyta – a gdzie obiecane reformy?
Polityczna kalkulacja
Ale takie pytania stawiają tylko niemądrzy. Rozsądni wiedzą, że podobne, niepopularne ruchy, jak przeprowadzona w 2008 r. likwidacja emerytur pomostowych, daje się wykonać na początku kadencji, ale pod żadnym pozorem nie w roku, w którym ważą się losy obsady pałacu prezydenckiego i do tego trzeba zająć miejsca w blokach startowych w wyścigu do parlamentu.
A tu słupki są bezwzględne i spadają. Rząd w jednym z grudniowych sondaży miał już tyle samo przeciwników, co zwolenników. Platforma Obywatelska wciąż wprawdzie niepodzielnie przewodzi w stawce partii politycznych, a Donald Tusk w cuglach wygrywa wyścig ze wszystkimi kontrkandydatami do Pałacu Prezydenckiego, ale procentów powoli ubywa. Wprawdzie obecna władza ma i tak poparcie, jakim po dwóch latach rządzenia nie mogła się pochwalić żadna inna, ale rosnąca liczba przeciwników, albo chociażby niezdecydowanych, to niezwykłej wagi argument w sytuacji, gdy ewentualne reformy mogłyby zdziesiątkować szeregi zwolenników.
Tymczasem, politycy nie kryją, że pierwsze i najważniejsze zadanie to wygrane wybory. Najlepiej gdyby się udało mieć pełnię władzy, czyli prezydenta i rząd z jednej opcji. Wtedy to dopiero można będzie poprawiać Polskę!
Gdzie te reformy?
Niestety, dobre statystyki nie oznaczają, że Polska z dnia na dzień stała się krainą mlekiem i miodem płynącą. Nawet szybki wzrost gospodarczy nie rozwiąże wszystkich problemów, szczególnie ogromnego zadłużenia, które zwiększa się z powodu konieczności finansowania rosnącego deficytu i w 2010 r. wzrośnie do 740 mld zł.
Żeby sobie poradzić z gigantycznymi kłopotami, które wcale nie są skutkiem kryzysu, ale efektem wieloletnich zaniedbań i unikania reform, konieczne będą zdecydowane działania z prawdziwą reformą finansów publicznych włącznie.
Do takich namawiają ekonomiści. Dziesięcioro z nich napisało nawet do rządu list, w którym postulują kroki, mające prowadzić do systematycznego zmniejszania obciążeń budżetu państwa.
Co by to miało oznaczać? Proponowane zmiany w pewnym sensie uderzyłyby we wszystkich pracujących, a szczególnie w kobiety. Jednym z głównych postulatów jest stopniowe podnoszenie wieku emerytalnego wszystkich i zrównanie wieku emerytalnego kobiet oraz mężczyzn. Mało popularne byłoby też zapewne wprowadzenie ubezpieczeń zdrowotnych, drobnych opłat za wizyty u lekarzy i ograniczenie przywilejów emerytalnych niektórych grup zawodowych.
Ruchy pozorne
Tymczasem propozycje, które mniej lub bardziej oficjalnie płyną z kół rządowych, raczej przypominają pudrowanie niedoskonałości, albo szukanie na oślep pieniędzy, żeby załatać dziury, niż rzeczywiste porządkowanie systemu finansów publicznych.
O pomyśle zmniejszenia składek do OFE pisaliśmy w PB przed miesiącem. Chodzi o to, by budżet nie musiał przekazywać do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych ponad 20 mld zł, które pochodzą z emisji długu i trafiają na konta przyszłych emerytów w funduszach emerytalnych. Rząd chciałby, żeby większa część składki pozostawała w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, który na specjalnych rachunkach klientów odnotowywałby zobowiązania, waloryzowane stopą oprocentowania obligacji skarbowych. To ograniczyłoby potrzeby pożyczkowe państwa i oddaliło groźbę przebicia poziomu 55 proc. zadłużenia w stosunku do PKB, ze wszystkimi tego fatalnymi konsekwencjami dla kolejnego budżetu. Ekonomiści uznają to za przejaw kreatywnej księgowości i mówią o zamachu na składki przyszłych emerytów.
Odpowiedzią na tę propozycję jest koncepcja współtwórców reformy emerytalnej, którzy chcą ocalić filozofię systemu stworzonego przed 10 laty i obronić pieniądze przyszłych emerytów przed zakusami polityków. Dlatego namawiają, by zmienić niekorzystne dla Polski przepisy, nie pozwalające zaliczać aktywów OFE do sektora finansów publicznych, co powoduje, że nasze zadłużenie jest większe niż w rzeczywistości.
To rozwiązanie też ociera się o kreatywną księgowość. Dług byłby inaczej liczony na potrzeby wewnętrzne, a inaczej na zewnętrzne. Co by to dało? Po prostu łatwiej byłoby nie dopuścić do przekroczenia owych 55 proc. Oczywiście do Brukseli i tak trzeba by raportować według unijnych przepisów, ale w Komisji Europejskiej czerwone światełko zapala się dopiero po przekroczeniu przez zadłużenie 60 proc.
Miałby jednak powstać model wyliczania emerytalnego długu publicznego. Pomysłodawcy chcą, żeby upowszechnić go w Europie podczas naszej prezydencji, co pozwoliłoby pokazać, że większość krajów Unii ma ukryte zobowiązania wobec emerytów znacznie większe niż Polska.
Balony próbne
Pojawia się sporo pomysłów na ograniczanie budżetowych wydatków, o których ostatecznych losach trudno przesądzać, choć przedstawiciele rządu, mówią o nich „warte rozważenia”. Tak sonduje się reakcję mediów i opinii publicznej.
Jeden z nich to podniesienie składki rentowej dla najwięcej zarabiających. Teraz po przekroczeniu 95 tys. zł dochodów w trakcie roku przestaje się ją odprowadzać. Po zmianie przepisów, płaciłoby się dalej, choć nie miałoby to wpływu na wysokość świadczenia, które i tak liczone byłoby od wspomnianych 95 tys. Można więc mówić o podatku dla na najlepiej zarabiających i to w dodatku tylko tych na etatach, bo właściciele i menedżerowie raczej nie odprowadzają tak wysokich składek.
Jak marchewka ma zadziałać informacja o tym, że mogą być wyższe emerytury: o 400 zł rocznie dla mężczyzn i 230 zł dla kobiet, ale pod warunkiem, że… co roku o pół roku podniesiony zostanie wieku emerytalny.
Inna propozycja to ograniczenie przywilejów emerytalnych dla służb mundurowych – pomysł ze wszech miar słuszny, ale niewiele wnoszący przy założeniu, że ma objąć funkcjonariuszy zatrudnionych po wprowadzeniu zmian w przepisach, a zatem skutki byłyby widoczne dopiero po wielu latach.
Kolejny krok już wyraźnie godzi w interesy grupy społecznej, w której obronie siłą rzeczy musi wystąpić PSL. A tego nie będzie łatwo przekonać, by nałożyć na rolników podatek PIT lub CIT, a do tego zwiększyć składki na Kasę Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS). Wprawdzie limitem ma być powierzchnia gospodarstwa większa niż 15 hektarów, ale skoro nie udało się przeforsować na razie nawet zwiększenia składek dla prawdziwych „obszarników”, to w tym przypadku można mówić o zerowych szansach powodzenia, chociaż dotyczyłoby zaledwie 200 tys. z 2,4 mln gospodarstw.
Zresztą sam minister Michał Boni mówiąc o tej kwestii w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” był wyjątkowo dyplomatyczny i ostrożny. – Trzeba spokojnie rozmawiać z koalicjantem i środowiskami o uczynieniu pierwszego kroku w tej reformie – mówił. Przyznał, że o ile są szanse na merytoryczne przygotowanie rozwiązań w tych kwestiach, co jest to możliwe w ciągu najbliższych dwóch wyborczych lat, to z ich wdrożeniem trzeba będzie poczekać na właściwszy moment.
Może kiedyś…
Na początku grudnia minister Michał Boni, szef doradców premiera, ujawnił o jakiego rzędu oszczędnościach można by mówić, gdyby udało się wprowadzić opracowywany przez rząd plan konsolidacji i rozwoju finansów publicznych. Zapowiedział jednak, że jego szczegóły zostaną przedstawione dopiero wiosną. Jednocześnie dał do zrozumienia, że o pewnych rozwiązaniach należy rozpocząć dyskusję, tak, żeby w ciągu najbliższych dwóch lat podjąć decyzje.
W wizjach snutych przez ministra Boniego pojawiają się nieśmiałe zapowiedzi, wprowadzenia „elementów budżetu zadaniowego”, ale na razie idea ta sprowadza się raczej do bardziej racjonalnego gospodarowania pieniędzmi, które powinny pracować i zmniejszać potrzeby pożyczkowe państwa, a nie bezproduktywnie leżeć na kontach ostatecznych adresatów.
Minister Jacek Rostowski wspomina natomiast o kotwicy budżetowej, pozwalającej ograniczać realny wzrost wydatków państwa do 1 proc. rocznie. Tyle, że ograniczenie nie dotyczyłoby tzw. wydatków sztywnych, czyli 70 proc. budżetu, a do tego miałoby obowiązywać od 2011 r.
A konkrety. Działania na już? Można odnieść wrażenie, że rząd mniej więcej wie o co chodzi, bo temu dał wyraz chociażby w raporcie „Polska 2030”, ale robi wszystko, by nie przełożyć tego, przynajmniej na razie, na konkretne działania. W końcu kiedyś przyjdzie taki rok, że nie będzie żadnych wyborów. Tylko ciekawe czy wtedy polityczna konstelacja będzie sprzyjała reformom?